Suma kątów, za którymi tęsknię, jest na pewno większa od 360.

Jest to wypowiedź pana Stanisława Jerzego Leca z jego znanego dzieła „myśli nieuczesane” (lubię, choć mam lekką traumę, bowiem rysunkowy mężczyzna na okładce tej książki czesał się nożem. Serio, nie wiem jak to wydanie mogło się sprzedawać, nigdy w życiu nie położyłabym czegoś takiego na szafce nocnej).

Tak.

Miałam dziś w pracy szkolenie z zarządzania czasem. Wniosek, jaki mi się nasunął, był następujący: w pracy jestem znakomicie zorganizowana, jednak brakuje mi zupełnie poukładania w czasie wolnym. NAJWIĘCEJ czasu spędzam na rzeczach Nieważnych i Niepilnych, natomiast żadnego na Ważnych i Niepilnych (z samej nazwy wynika, że Pilne nie należą do przyjemności, bo jak coś jest pilne to przestaje być zabawne). Muszę przy tej okazji odpowiedzieć sobie na pytania i powtórzyć kwestie poruszane wcześniej w poście o rzeczach które lubię i tym ostatnim. Co jest dla mnie ważne? Co chciałabym robić i na co mieć więcej czasu? Co mogę wyrzucić do „kosza” jako Nieważne i Niepilne? Myślę, że w życiu prywatnym jest to jeszcze istotniejsze, niż w pracy. Ja najbardziej chciałabym robić coś ze swoją kreatywnością, póki co jednak wygląda to mniej więcej tak:

6424_8361_500

Nic dziwnego, nieużywany organ zanika. Dorastając zapomniałam codziennie pozostawać w kontakcie z pretensjonalną i artystyczną częścią osobowości, jednym z trendów dwatysiącedziesiątych lat był paskudny cynizm i „miej wyjebane”, więc było mi na rękę wytłumienie ckliwości i takich pierdół jak próby pisania tekstów piosenek czy opowiadań. Czy jest dla mnie ratunek?

Reklamy

Najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj

Ach, kwiecień :) zdaję sobie sprawę, że niby „plecień”, ale już nie ma szans, żeby z 04 w środku daty nie czuć wiosny w kościach. Jestem człowiekiem, który od końca grudnia czeka na lato, a od końca września na grudzień. Niestety, oba trwają za krótko. Pozostałe miesiące traktuję jak przykry obowiązek. Powinnam w każdym z nich, w każdym dniu każdego z nich dopatrywać się pozytywów i zazwyczaj tak się dzieje, doceniam drobne przyjemności, ale jednak sama świadomość oficjalnie wiosennego lub oficjalnie świątecznego miesiąca dodaje mi dużo pozytywnych uczuć.

Zostawiając już grudzień w spokoju, opowiem Wam, czemu cieszę się na wiosnę.

  1. Dłuższy dzień = więcej chęci do działań. To podłe uczucie, wychodzić z pracy w środku ciemnej nocy. Mimo, że gdy wracam do domu jest 18, przez panującą ciemność mam poczucie, że zaraz muszę iść spać i za nic konkretnego nie mogę się zabrać. Wobec tego pięć cennych godzin spędzam na leżeniu i oglądaniu czegoś/czytaniu. Wiosną jedną z tych godzin można poświęcić na spacer/rolki/rower i zaliczyć trochę ruchu oraz wietrzenia mózgu. Z pracy prosto do łóżka to nie jest dobry tryb.
  2. Jedzonko. Warzywka. Młode ziemniaki. Mniam.
  3. Brak konieczności zakładania rajstop. Już mnie męczy duszenie skóry sztucznym materiałem, a spodni nie noszę.
  4. Wnętrza wyglądają ładniej, gdy przez większość dnia są oświetlone naturalnie i słonecznie.
  5. Liski i kwiatuszki :) Wiosenny zapach porannego powietrza, trochę chłodny i orzeźwiający, ale już nie przeżerający nosa przy głębszym zaciągnięciu. Słońce, słońce, słońce. Bo nawet szare bloki nie są wtedy takie szare. Nawet gołębie nie są wtedy takie obrzydliwe.

4ba6d0a59b1e77a96320d48a0c38d1fb

Pinterest

5. Wyjazdy na działki ze znajomymi. Jedna z moich ulubionych form spędzania wspólnego czasu to te wyjazdy. Jak już się uda wszystkim wziąć wolne i wybrać się na wspólne działkowanie, przez te kilka dni mamy siebie na wyłączność, nikt się nie śpieszy, nie musi wracać o 22 bo jutro praca, całe dnie siedzi się na trawce i rozmawia, spaceruje po lesie i rozmawia,  wieczorami pije się piwo przy ognisku i rozmawia/rozrabia.

Miejmy nadzieję, że kwiecień będzie dla nas łaskawy i przeważą dni słoneczne i piękne :)

Val

 

Co lubię i co z tym zrobić

Przypomniało mi się dziś, jak lubiłam uzupełniać swój profil na Gronie w czasach jego złotego wieku, czyli jak miałam 15-16 lat. Fb już nie jest pod tym względem super. Brakuje mi jednolitego profilu, w którym można napisać coś obszernego na swój temat, no i grup z tematami i równoległymi postami zamiast 100 komentarzy i odpowiedzi zawierających naklejki. Ciekawe, czy to z profilem to przejaw próżności i potrzeby kreowania swojego zakłamanego wizerunku w sieci.

W każdym razie, pamiętam, jak przez profile moich znajomych przetaczały się kolejne „modne” sposoby ich uzupełniania. Moim ulubionym było wypunktowywanie rzeczy, które się lubi i których się nie lubi. Każdy starał się wymyślić coś ciekawego, żeby nie pisać „lubię kawę” i do tej pory pamiętam, że jedna moja dawna koleżanka lubi miód leisty, a nie znosi skrystalizowanego.

valpud

Postanowiłam więc napisać tu sobie taką listę, żeby zobaczyć, ile rzeczy lubię i mogłabym robić częściej.

  1. Oglądać seriale (ale nie mogłabym robić tego częściej, a raczej nie powinnam). W tej chwili oglądam Modern Family, regularnie wracam do Przyjaciół i Ally McBeal
  2. Porządek, i strasznie bym chciała umieć go utrzymywać, ale NAPRAWDĘ nie umiem.
  3. Śpiewać sobie piosenki z podkładami z youtube. Jedyny powód, dla którego robię to tak rzadko (ostatnio zdarzyło mi się w październiku), chociaż to rozrywka łatwo dostępna, tania i całkowicie pozytywna, jest taki, że martwię się, że nie umiem wystarczająco ładnie. To głupie, przecież nie wszyscy musimy umieć.
  4. Słuchać muzyki w ciemności, pod kołdrą. Najlepiej w ten sposób słucha się Dire Straits. Pamiętam, jak w marcu 2009 roku padało dużo deszczu i słuchając muzyki w takich warunkach czułam się podniośle i bardzo klimatycznie. To były czasy, kiedy pory roku były takie, jak należy. Ach, gdzie te dni!
  5. Jeździć autobusem i słuchać muzyki. W dni, kiedy mam dużo roboty i prawie nie ma mnie w domu, to jest moja chwila wytchnienia i relaksu (serio!). Nie umiem za to czytać w komunikacji miejskiej.
  6. Analizować przeszłość, zwłaszcza ciekawe sytuacje damsko męskie. Słuchając muzyki w ciemności na przykład. Ktoś może już dla mnie nie istnieć, ale piosenki, liściki i słowa żyją wiecznie. To jest punkt, który ABSOLUTNIE nic mi nie daje, ale też nie przeszkadza w niczym.
  7. Czytać książki o rocku i latach 60 i zastanawiać się, co poszło nie tak, że czasy się zmieniły. Jeśli ktoś też lubi ten klimat, szczególnie polecam książki Leksykon buntowników oraz Klątwa rock and rolla, tę drugą nawet bardziej.
  8. Chodzić latem nad Wisłę lub do parków wieczorami. Albo ze znajomymi na alkohol (nad Wisłę oczywiście, bo w parku oficjalnie nie wolno) albo włóczyć się z muzyczką w uszach i cieszyć się pogodą. Naprawdę to uwielbiam, a w minionym roku byłam nie więcej niż 10 razy. Resztę wieczorów spędziłam zapewne uskuteczniając punkt 1.
  9. Zakładać różne zeszyty na cytaty, plany, wycinki. Pamiętam, że w liceum miałam swoje „zeszyty do wszystkiego” i do tej pory jedną z najprzyjemniejszych rzeczy jest ich przeglądanie. Niestety, wraz z momentem w którym przestałam spędzać sześć do ośmiu godzin w szkolnej ławce pozbawiona internetu, przestałam być w stanie zachować ciągłość prowadzenia ich. W pracy jest komputer i pinterest (no i oczywiście masa roboty ale nie oszukujmy się, jesteśmy dorośli). To bardzo smutne.
  10. Ubierać się w sposób, który oddaje moje zainteresowania, czyli rzeczy zainspirowane rockiem lat 60. To dość subtelny ubiór i mam wrażenie, że detale świadczące o zamiłowaniu do tego klimatu zauważają tylko wtajemniczeni. Lubię zarówno męskie elementy, jak i dziewczęcy ubiór w stylu Marianne Faithful czy innych dziewczyn muzyków. Chciałabym mieć fryzjera, który codziennie by mnie czesał w tym stylu. Kto wie, może kiedyś.

Uff, puff.

wegański food book #1

Postanowiłam zrobić mały food book. Niestety zdjęcia są średnio piękne, ponieważ aparat mi się zepsuł i póki co muszę sobie radzić z telefonem marki LG z aparatem 8mpix.
Często słyszę komentarze typu „przecież Ty nic nie jesz”. Otóż ja mam zupełnie odmienne wrażenie, mimo że mam utrudnione zadanie ponieważ ze względu na problemy z żołądkiem nie mogę jeść glutenu. Moje główne odczucie po pierwszym miesiącu diety wegańskiej jest takie, że organizm „pozbawiony” nabiału szuka wielu jego cech w produktach roślinnych, dzięki czemu mam co chwilę ochotę na jakieś nowe warzywa, których wcześniej nie jadłam bo mi się nie chciało (jak już poszłam sobie zjeść na szybko kanapkę z serem nie czułam potrzeby, by wymyślać dania z dużą ilością składników) albo wręcz ich nie lubiłam. Takie warzywa to np buraki których kiedyś NIGDY nie jadłam, odrzucało mnie od nich, oraz ogórki kiszone, które teraz jem codziennie (obstawiam, że chodzi o probiotyki). Kiedyś nie jadałam oliwek a teraz wrzucam je do każdej sałatki, ponieważ zastępują mi słoną fetę i dodają jej wyrazistości.
Dość gadania, czas na zdjęcia:       12033543_851677388281331_1220418196_n12053394_851677424947994_1037278568_n  12032573_851677494947987_374307390_n

Pizza <3 Mam hopla na punkcie pizzy, czy to z wegańskim serem, czy to z samymi warzywami. Ciasto robię z mąki (najczęściej gryczana, kukurydziana i jaglana w różnych proporcjach), około łyżeczki siemienia lnianego, drożdży instant i wody. Wszystko zagniatam i odstawiam na pół godziny. Pizza na trzecim zdjęciu pochodzi z Vegan Pizza na Poznańskiej w Warszawie. Polecam ;)

12023040_851677988281271_1170742423_n

12029229_851677591614644_1788088147_n

Sushi bowls (sałata/szpinak/rukola + ryż + warzywa) to moja nowa obsesja. Lubię je, ponieważ są bardzo sycące, napchane warzywami i w dodatku mają tę przyjemną cechę, że łączą jedzenie zimne z ciepłym a ja to bardzo lubię :D nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi, ale lubię jeść np zimny szpinak lub rukolę z ciepłymi warzywami, ciepły ryż i ziemniaki z zimnymi strączkami z puszki i ogórkami itd.

12023222_851677364948000_817022944_n

To nie wygląda zbyt pięknie, ale było pyszne. Gotowany ryż z pure z dyni, soczewicą czerwoną i cebulą. Mała porcja, bo wcześniej najadłam się pizzą.

12023007_851677858281284_1604433056_n

Sernik jaglany z przepisu WegAnki, do którego dodałam polewę czekoladową i prażone wiórki. Pycha!

12047441_851677461614657_442797074_n

I piękne figi. Pierwszy raz jadłam świeże i bardzo mi smakowały. Były w zeszłym tygodniu w Biedronce po 1,50 zł za sztukę, muszę sprawdzić, czy nadal są.

Planuję wrzucać jedzonko co jakiś czas, lubię się dzielić dobrymi i pysznymi rzeczami. Pozdrawiam!

Moja droga do

Trzeci wpis i kolejne „wprowadzenie” :)

Chciałabym po prostu krótko opisać „siebie”, czy może „swoje życie”, żebyście wiedziały (zwracam się do czytelników w rodzaju żeńskim, ponieważ raczej dla tego rodzaju kieruję swoje posty), dlaczego chcę pisać na tematy, na które będę pisać. Tyczy się to głównie kategorii dotyczących jedzenia i pielęgnacji.

A zatem moja droga do

Diety wegańskiej

Szczerze mówiąc to dopiero trzy tygodnie, więc sama jestem ciekawa przyszłości i pełna pozytywnego nastawienia. Oczekuję blasku (włosy, paznokcie i inne takie ozdobniki), zdrowia i energii. Oglądając wegańskie youtuberki (youtuberów też oglądam, ale tu obserwacje są inne) dochodzę do wniosku, że większość przeszła podobną drogę. Była nadwaga, zaburzenia odżywiania, rozliczne diety, walka z własnym ciałem, aż w końcu przyszła pora na nabranie rozumu (nie obrażając nikogo, kto wciąż się boryka z takimi problemami) i szukanie ZDROWIA. Do względów zdrowotnych doszły te etyczne, na które trudno się zamknąć, gdy zagłębimy się w temat. Dla zdrowia i sylwetki wiele razy próbowałam zrezygnować z ukochanego sera żółtego, ale nigdy sama dla siebie nie byłam wystarczającą motywacją. Dopiero gdy zobaczyłam jaki wpływ ma przemysł spożywczy na całą naszą planetę, zapragnęłam podejść do tego na poważnie. Pewnie będą to tematy na kilka oddzielnych wpisów, ale liczę się z tym, że nie wszystkich to zainteresuje a niektórym wręcz się nie spodoba.

Obecnej pielęgnacji

Tu mam problem, ponieważ etyczne względy diety wegańskiej wchodzą mi do łazienki. Jak znaleźć typowo proteinowe produkty do włosów, skoro nie interesują nas kolagen, jedwab, keratyna ani proteiny mleczne? Jak zastąpić wszystkie ukochane kosmetyki, których się szukało latami metodą prób i błędów, bo zawierają niewegański składnik bądź są testowane na zwierzętach?

Przyznam się bez bicia, tam gdzie mogę podjąć wybór – podejmuję słuszny, jednak niektórych kosmetyków po prostu póki co nie jestem w stanie zastąpić innymi. Prawdopodobnie blog to dobra okazja, żeby zacząć testować nowe – może ktoś ma podobny problem i pomogę. Póki co jednak nie nazywam się szumnie „weganką”.

A, no i moja droga do obecnej pielęgnacji to, oczywiście, blogi włosomaniaczek :) włosy to moja mała obsesja. Będzie dużo o włosach.

Buziaki!